Artykuł Joanny Kułakowskiej ukazał się w 3 i 4 numerze “Czwartego Wymiary” Kiedy w lutym czytałam pierwszą część miałam totalny niedosyt i nie mogłam się doczekać drugiej część. Teraz jest całość. Co to dodać lub ująć. Dokładnie tak jest jak Pani Joanna pisze. Przeczytajcie drogie Panie – Polecam
Beata
Joanna Kułakowska

Status kobiety w religiach monoteistycznych

Artykuł ukazał się w “Czwartym Wymiarze” nr 3 i 4

We współczesnym świecie są trzy monoteistyczne systemy religijne o wspólnym rodowodzie, którego istotę stanowi Słowo Boże: judaizm, chrześcijaństwo i islam.

Pomimo różnic, które istnieją nie tylko pomiędzy nimi, lecz i w obrębie danej religii, gdyż każda dzieli się na wiele odłamów i tradycji interpretowania świętych tekstów, wciąż owe systemy posiadają tyle elementów wspólnych, że niektóre kwestie można omawiać, dokonując generalizacji. Należy do nich pozycja i rola kobiety z punktu widzenia teologii oraz jej przełożenie na codzienność.

Przeciętnemu zjadaczowi chleba islam jawi się jako piekło kobiet, chrześcijaństwo jako ich raj na Ziemi i ostoja wolności, zaś jeśli chodzi o judaizm, to mgliście nam świta, że w tej kulturze mało znaczą, ale jakimś cudem w Izraelu osiągnęły pełne równouprawnienie (to ostatnie nie jest prawdą). Tymczasem zarówno w tradycji judeochrześcijańskiej, jak i islamskiej status płci żeńskiej można określić zwięzłym koranicznym stwierdzeniem: „o jeden stopień niżej niż mężczyzna”. Przy czym ten „straszny” Koran chwilami okazuje się zdumiewająco liberalny i sympatyzujący z niewiastą w porównaniu z Biblią, choć z drugiej strony jest tam mnóstwo zapisów ograniczających jej wolność i stawiających ją w sytuacji dziecka lub osoby niespełna rozumu, sprzecznych z prawami człowieka. Niemniej jednak w VII w. n.e. Koran ofiarował kobiecie status podmiotu prawnego, co w naszym kręgu kulturowym ostatecznie wywalczono dopiero w XX w. n.e. Zmiana pozycji społecznej chrześcijanki w Europie i Ameryce była możliwa dzięki modyfikacji prawa kanonicznego, dzięki odejściu praktyki Kościoła od kurczowego trzymania się każdego słowa Ewangelii lub apostolskich zaleceń, przede wszystkim zaś separacji państwowego kodeksu prawnego od Kościoła. Była to zmiana na lepsze, która zagościła w naszej mentalności do tego stopnia, że dziś oświadczenie, iż Kościół katolicki lub niektóre wspólnoty protestantów dyskryminują kobiety, prowokuje histeryczny atak religijnych środowisk.

Inaczej wygląda sytuacja muzułmanek. Tu zachodzi swoisty paradoks. W niektórych społecznościach dramatycznie pogorszyła się ona wskutek odejścia od litery Koranu, w innych zaś (tam, gdzie tradycje plemienne były bardziej swobodne) odwrotnie – wprowadzenie wszystkich zaleceń w życie, a zwłaszcza dosłowne ich rozumienie spowodowało wiele tragedii. Obserwuje się także wybiórcze respektowanie zawartych tam zasad, np. tylko tych, które są wygodne dla mężczyzn. Wynika to z wielu czynników: zestawienia Koranu z odmiennymi odeń tradycjami plemiennymi, braku jego dokładnej znajomości, traktowania hadisów na równi z Koranem (choć ich wymowa bywa sprzeczna ze sobą i z naukami świętej księgi), co teoretycznie nie powinno mieć miejsca, a niestety stanowi częstą praktykę (szariat czerpie m.in. z upokarzających kobietę hadisów Al-Buchariego, sprzecznych między innymi z listem Muhammada do zakonników z góry Synaj).

Miejsce płci żeńskiej w społeczeństwie narzucone przez religię ma ważny aspekt psychologiczny. Wyznaczona kobiecie rola, jeśli okazuje się niezgodna z jej pragnieniami i predyspozycjami, owocuje daleko idącymi konsekwencjami, takimi jak zaburzenia tożsamości, depresja, niska samoocena, rozpaczliwa próba poprawienia tej ostatniej na drodze fanatyzmu religijnego. Oczywiście, mowa tu o mieszkankach państw, gdzie prawo bazuje na religii, bądź o osobach, dla których wiara w skodyfikowanej formie (nakazy i zakazy) stanowi ważną część życia. Dla innych status kobiet i mężczyzn wynikający z systemu religijnego nie ma szczególnych psychologicznych następstw – po prostu budzi intelektualny sprzeciw lub aprobatę.

Kryzys wiary i jej wypaczone formy

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w krajach Europy chrześcijaństwo przeżywa obecnie kryzys, choć bywają oazy czy też ogniska odnowy. Z racji konserwatyzmu w kwestiach obyczajowych, którymi charakteryzuje się katolicyzm oraz wiele wspólnot protestanckich, odchodzi z nich wielu ludzi. O tym, że doktryna ta ulega stagnacji a nawet degradacji, świadczą chociażby fakty z naszego rodzimego podwórka. Większość Polaków, podobno ponad 90%, deklaruje katolicyzm, tymczasem nie tylko młodzież, ale i starsi nie znają prawd wiary, nie potrafią wymienić dogmatów, a nawet… dziesięciu przykazań. Nie posiadają też wiedzy na temat licznych obwarowań sfery seksualnej narzuconych przez obrządek rzymskokatolicki oraz dyrektywy dotyczącej ról męskich i żeńskich. Dramatycznie godzą one w wolność osobistą, jednakże jeśli ktoś uważa się za katolika, powinien ich przestrzegać. Jeśli zaś nie chce, to może czas zrewidować przynależność religijną, inaczej to zwykła hipokryzja.

O żywotności religii świadczy znajomość jej prawideł i ich rola w codziennym życiu, najbardziej jednak przestrzeganie jej ducha. Co ciekawe, osoby mieniące się obecnie obrońcami chrześcijaństwa godzą w to, co najważniejsze – w ducha i wymowę Nowego Testamentu. Wydaje się, że generalnie Chrystus próbował nauczyć ludzi, jak bronić się przed grzechem, ale wyciągać rękę do innych i wyrzec się nienawiści. Tymczasem znajdujące się w agresywnej, fanatycznej ofensywie wobec zwolenników prawa do aborcji, obyczajowych liberałów i innowierców Kościoły ewangelickie w Ameryce albo nasza rodzima armia ojca Rydzyka czy nowszy „wynalazek”, jakim jest trzódka ks. Natanka walczącego z Szatanem i… Harrym Potterem, z pewnością nie zrzeszają ludzi wolnych od grzechu pychy. W przeciwieństwie do Europy chrześcijaństwo w USA stanowi bardzo aktywną, dynamiczną religię – zwłaszcza w wypaczonej formie. Indoktrynacyjna moc wspomnianych wspólnot zdaje się równie przerażająca, co fundamentalistów islamskich (filmowy dokument Obóz Jezusa).

Można pokusić się o stwierdzenie, że tak dzieje się zawsze, gdy ważniejsze staje się dosłowne traktowanie danego zapisu Księgi aniżeli sprawdzian, jak ów ma się do zastanej rzeczywistości i jakie wnioski można z tego wyciągnąć. Jeżeli podzielamy wiarę w realność judeochrześcijańskiego Boga lub Allacha muzułmanów, warto zwrócić uwagę, że Słowo Boże zostało objawione osobom stanowiącym wytwór swoich czasów i kultury, a następnie przefiltrowane przez ich umysły. Oczywiście, muzułmanie twierdzą, że anioł Gabriel (Dżibril) podyktował Muhammadowi Koran w języku arabskim przez jedną noc, więc nie ma możliwości, by rozumieć je opatrznie, ale raz, że może wygłosił mowę dostosowaną do ludzi danego okresu historycznego, dwa – może Prorokowi wydawało się, że słyszy arabski, bo wszak umysł musiał to pojąć. A zupełnie inną sprawą jest, że liczne dane wskazują, iż Prorok spisywał Księgę dużo dłużej. Odnalezione różne wersje Koranu sugerują, że przerabiał go przez całe swoje życie, że nie on jeden to czynił i niekoniecznie w języku arabskim…

Wyznawcy islamu, tak fundamentaliści, jak i tolerancyjni reformatorzy, znajdują się aktualnie w natarciu, chociaż można dostrzec symptomy, iż z biegiem czasu islam czeka los podobny do chrześcijaństwa. Ludzie ignorują niepasujące im przepisy, np. mężczyźni wypuszczający się na seksualne wycieczki do nieislamskich krajów. Inni znowu nie rozumieją ich celu czy znaczenia – większość muzułmanów nie czytała Koranu, lecz polega na interpretacji uczonych ze szkół koranicznych, trudno zatem mówić o osobistej refleksji.

(Nie)atrakcyjność religii dla kobiet

Interesujące jest, iż judaizm, najstarsza wiara ludów Księgi, a więc teoretycznie najbardziej podatna na kulturalną entropię, cieszy się całkiem sporym powodzeniem. Zarówno w islamie, jak i judaizmie przykłada się olbrzymią wagę do przepisów normalizujących życie codzienne, a nie tylko do wymowy filozoficznej (pozostającej w gestii stosunkowo nielicznych uczonych), dlatego też z jednej strony trudniej się spod ich wpływu wydostać, z drugiej zaś dla wielu zagubionych w świecie, zmęczonych trudnymi wyborami, szukających klarownej drogi życiowej ludzi wydają się one nadzwyczaj atrakcyjne.

Teoretycznie rzecz biorąc, miarą atrakcyjności danej religii dla kobiety powinno być wyznaczone przezeń miejsce dla osoby płci żeńskiej – im więcej szacunku i możliwych funkcji do pełnienia (a więc także dróg awansu we wspólnocie), tym lepiej. Praktyka pokazuje jednak, że nie zawsze tak jest, co często wynika z indoktrynacji w domu, zjawiska o charakterze „fali” („ja musiałam to znieść, to i ty zniesiesz, a ja cię będę pilnować”), kompleksów i poczucia winy. Wspomniane amerykańskie Kościoły ewangelickie oferują paniom bardzo wysoki status. Pomimo że wspólnoty te w sumie promują tradycyjny model rodziny (z matką w domu, dopóki potomstwo nie dorośnie), może ona pełnić funkcje kapłańskie (te same, co mężczyzna), pracować, gdzie i jak chce, a wszystkie dzieci (bez względu na płeć) kształcone są na Żołnierzy Chrystusa.

Status kobiety podnoszony jest jako bardzo istotna kwestia przez wszelakich reformatorów. Niektórzy mówią, iż sprawdzianem tego, czy ideą danego systemu religijnego jest troska o dobro człowieka, okazuje się zawarty w nim przekaz dotyczący pań. Aktualnie istniejące religie monoteistyczne to wytwór starej kultury patriarchalnej, w której osoba płci żeńskiej ma być rodzicielką, źródłem przyjemności dla mężczyzny i gospodynią, a wszelkie aspiracje inne niż dbanie o domowe ognisko winna złożyć na „ołtarzu” tego ostatniego. Przyglądając się systemowi wierzeń judeochrześcijańskich i islamskich, można dostrzec, że ich treścią jest zawłaszczenie atrybutów władzy i cech charakterystycznych matki (surowość, a zarazem miłosierdzie i wybaczenie) przez ojca.

Wiele osób może poczuć oburzenie na samą myśl, że religia, która stanowi dla nich opokę, czyni ich szczęśliwymi i pomaga lepiej żyć, zostaje oskarżona o seksizm (ideologia traktująca jedną z płci, niekoniecznie kobiety, jako gorszą) i dyskryminację. Żydzi darzą ogromnym szacunkiem swoje rodzicielki, a większość z nich uznaje, że przynależność do grupy dziedziczy się w linii matki. Chrześcijanie uważają, że ich wiara zapewnia fundamentalną równość między kobietą a mężczyzną. Wyznawcy islamu przekonują, że wyzwolił on panie, podniósł do rangi człowieka i pozwolił na realizację w różnych sferach życia. Obecnie często mówi się, że panie i panowie są sobie równi, te pierwsze nie są „gorsze”, lecz „inne”, stworzone do „innych” celów, komplementarnych z męskimi. Jest to demagogiczna retoryka trącąca hipokryzją, bo dziwnym trafem te „inne” cele to de facto funkcje służebne i pomocnicze, ta wychwalana „kobieca inność” i „komplementarność” to zarazem stwierdzenie, że nie nadają się na przywódców, a jedynie do stworzenia przywódcy domowego ogniska. Wierząca kobieta, żyjąca w miejscu, gdzie wiara ma silny wpływ na codzienność, musi albo to zaakceptować, albo się buntować. Bunt bywa jeszcze trudniejszą decyzją niż jego brak, gdyż trudno pozbyć się niepokoju, że może jednak występuje się przeciw woli Boga. Co z przyziemnego punktu widzenia ważniejsze, można narazić się na ostracyzm społeczny i problemy psychologiczne.

Wiele kwestii związanych z zachowaniem kobiet tłumaczy koncepcja realistycznego spostrzegania społecznego. Mówi ona, że grupa powszechnie uznana za gorszą będzie wydawała opinie na korzyść grupy dominującej, stąd niektóre panie zgadzają się z tezą, że mężczyźni są „mądrzejsi” i „ważniejsi”.

Takie osoby (zgodnie z definicją grupy mniejszościowej Louisa Wirtha) posiadają status grupy mniejszościowej, gdyż nie sprzeciwiają się dyskryminacji, uważając, że uzasadniają to szczególne cechy grupy żeńskiej. To ostatnie charakterystyczne jest zarówno dla tradycji judeochrześcijańskiej, jak i kultur islamu.

Z badań V.C. Crandalla, a także Boevermana i współpracowników (początek lat 70.) wynika, że kobiety podzielają negatywne stereotypy na swój temat i przekonanie o niższym statusie. Dużo późniejsze analizy J. Williamsa (1987 r.) pokazują coś bardzo podobnego – jego zdaniem dzieci wcześnie spostrzegają niższy status osób płci żeńskiej. K. Bussey i L. Perry (1982 r.) zaobserwowali, iż podczas zabawy w dorosłych wszyscy chętnie naśladują mężczyzn. Dziewczynki powielają także czynności kobiet, ale chłopcy prawie nigdy tego nie robią – przekaz społeczny zawiera informację, że męskie działanie jest bardziej skuteczne i kompetentne. Kapłani poszczególnych religii utrwalają to przekonanie w oczach innych, odmawiając kobietom pełnego udziału w sferze sakralnej, którą sami ogłaszają najważniejszą w życiu człowieka. Jedynie w wyjątkowo liberalnych obrządkach płeć żeńska może dostąpić zaszczytu wyświęcenia, a przecież wielu ludzi w pierwszej kolejności zwraca się o pomoc do duchownych – księdza, rabina, mułły. Kobiety płacą za to niższą samooceną, niewiarą we własne możliwości, przekonaniem o swej podrzędnej, pomocniczej roli, maskowanej dumą z bycia niezastąpioną pomocą dla mężczyzny, ostoją przywódcy.

Niezależnie od czysto świeckich przyczyn dyskryminacji religia stanowi bardzo silny nośnik stereotypów płciowych, zwłaszcza w krajach, gdzie organizacje religijne odgrywają istotną rolę w polityce i codziennym życiu. Różne wyznania informują w swych świętych tekstach, do czego został stworzony człowiek… a do czego kobieta. Upraszczając, „człowiek” ma z łaski bożej czynić sobie ziemię poddaną, natomiast „niewiasta” ma być mu pomocną, a nawet poddaną i rodzić mu dzieci. Ach, jeszcze powinna czerpać z tego szczęście.

Stereotypy zawsze odnoszą się do uproszczonej percepcji i wyobrażeń na temat danej grupy jednostek, a te płciowe należą do najbardziej sztywnych i powszechnych. Tworzą się one na bazie odmiennych oczekiwań od kobiet i mężczyzn. Jeżeli ktoś czuje, że nie pasuje do takiego obrazu, potencjalnie płaci za to poczuciem winy. Współczesne religie monoteistyczne nie tylko powielają stereotypy, lecz sankcjonują seksizm, w dodatku twierdząc, że jest to w obopólnym interesie. Katoliccy i protestanccy obrońcy nakazu posłuszeństwa żony mężowi głoszą, że ciężar podejmowania decyzji przytłacza kobietę, a mężczyznę mobilizuje i uskrzydla. A jeśli w jakimś małżeństwie jest odwrotnie? A co z sytuacją, gdy żona jest mądrzejsza i silniejsza psychicznie od męża i wbrew konserwatywnemu światopoglądowi dobrze im ze sobą, gdyż łączy ich miłość? Czy mimo to mężczyzna ma się męczyć, przyjmując na siebie odpowiedzialność za rodzinę, a kobieta trwać w nienaturalnej dla niej uległości? Obrońcy owi powiedzą, że tak, gdyż przedstawiona wyżej sytuacja jest nienaturalna i niezgodna z wolą bożą. Kobieta żyjąca w tradycyjnym związku de facto nie jest dorosła. Posłuszeństwo osobie, która zapewnia opiekę i miłość oraz czasem uwzględni uwagi i rady, stanowi przecież modelową relację rodzica i dorastającego dziecka. Nie biorąc odpowiedzialności za rodzinę, kobieta traci poczucie kompetencji i sprawstwa, co może przyczynić się do depresji i niższości w relacji nie tylko z mężem, ale i mężczyznami w ogóle. Panowie z takich związków przyznają, że żony mają problem z posłuszeństwem, co zaprzecza teorii, że płeć żeńska jest uległa z natury.

Szczególnie interesująca wydaje się kwestia pozornej sprawiedliwości społecznej w wydaniu islamu, wyłożona na przykładzie stosunku do poligamii. Muzułmanie twierdzą, że często pojawiają się socjalne oraz moralne przyczyny skłaniające do wyboru takiej formy małżeństwa. Ponadto problem ów ściśle wiąże się ze zobowiązaniami społecznymi wobec sierot i wdów.

Broniąc poligynii jako sposobu zapewnienia kobietom bezpieczeństwa i zaspokojenia ich potrzeb fizycznych oraz duchowych, wiele osób nieświadomie wykazuje, jak bardzo kultura patriarchalna protekcjonalnie je traktuje. Nierówność płci wykazują również respondenci w rozmaitych sondażach dotyczących stosunku do poligamii, na które owi obrońcy się powołują. Nawet w „równouprawnionych” zachodnich społeczeństwach przeważa przekonanie, iż panie z natury są monogamiczne, a panowie poligamiczni – pomimo tych sondaży i badań naukowych, które pokazują, że niekoniecznie (por. książki Helen Fisher, np. Anatomia miłości). Tymczasem nie stanowi to reguły. Monogamia bywa wmuszona kobiecie przez kulturę, jak również restrykcyjne oczekiwania społeczne związane z podwójnymi standardami (nie wolno jej przyznać się, że chciałaby mieć wielu partnerów, bo wtedy będzie „ladacznicą”, zaś znajdujący się w takiej samej sytuacji mężczyzna uchodzi za „jurnego samca”). W związku z tym często podnoszony argument, że z racji nierównej liczebności przedstawicieli obu płci poligynia zaspokoi potrzeby jednych i drugich, jest chybiony.

Kobieta często potrzebuje pomocnika, może potrzebować opiekuna, ale nie jest to wystarczający powód, żeby wiązać się z mężczyzną, którym będzie się dzielić z inną na pozornie równych prawach. Nawet deklarujące wzajemną siostrzaną miłość mormońskie „współmałżonki” przyznają się do zazdrości i rywalizacji. Panie popierające poligynię przywołują argument pomocy w osobie drugiej żony. Znowu mamy tu podział na kategorie prac kobiecych i męskich – oczywiście mąż nie może pomóc w sprzątaniu, gotowaniu, wychowaniu dzieci, gdyż to uwłacza jego godności. Jego zadaniem jest finansowo utrzymywać

Problemy wynikające z psychologicznego wpływu religii dotykają przede wszystkim panie mocno wierzące, a i to w różnym stopniu. Chasydki deklarują, że są szczęśliwe, gdy wypełniają kobiece obowiązki, nakazane im przez najbardziej ortodoksyjną wersję judaizmu. Nie rozumieją idei feminizmu. Z drugiej strony, prawdopodobnie wiele z nich wolałoby być mężczyzną – ta płeć jest przecież „mądra i umiłowana przez Boga”. Muzułmanki generalnie zgadzają się z tym, że rolę przewodnią w życiu winien mieć on, bo po prostu taka jest wola boska i nie można z tym dyskutować. O kapłaństwie (a właściwie o roli imama) nie ma mowy, jeśli w grupie wiernych znalazłby się mężczyzna. Wiele praktykujących katoliczek uważa, że poświęcenie swych aspiracji na rzecz rodziny jest właściwe, by nie rzec „słuszne i zbawienne”. Jedne i drugie przyznają, że czasem zazdroszczą mężczyznom. Te rzadko praktykujące w większości przypadków nie wiedzą nawet, co szykuje im własna religia, szczególnie dotyczy to chrześcijanek. W dzisiejszych czasach polityka kościelna przedstawia sprawy w innym świetle. Ksiądz nie powie, że panie są „gorsze”, choć nadal ich dążenia ustawia się w dalszej kolejności. Jednak także osoby niewierzące lub niepraktykujące żyją w kręgu kultury zdominowanej przez mity i symbole chrześcijańskie, których przesłanie pozostało jasne: kobieta jest albo zmysłową nierządnicą i narzędziem Szatana, albo aseksualną świętą. Z jednej strony ciało i seks przedmałżeński są złe, z drugiej zaś to właśnie ciało często funkcjonuje jako najważniejsze kryterium oceny płci żeńskiej. Ten dysonans poznawczy oraz klimat społeczny stworzony przez podwójne normy dla mężczyzn i kobiet powoduje u tych ostatnich niską samoocenę, poczucie winy i zewnętrzną atrybucję sukcesów (przypisują je szczęściu, a nie swej pracy i talentom). Szybko staje się to również udziałem muzułmanek, które zdecydowały się przyjąć zachodni styl życia. Te z tradycyjnych środowisk uczą się być „niewidzialne” dla własnego „dobra” i „bezpieczeństwa”. Część rzeczywiście czuje się w pewien sposób bezpieczna – wiele kobiet cieszy się, że dzięki strojowi, który okrywa całe ciało, nawet mężowie ich nie rozpoznają, więc mogą iść tam, gdzie chcą. Część wyznaje zaś, że czasami mają wrażenie, jakby nie istniały, jakby nic nie znaczyły. Trudno określić to inaczej niż jako dezintegrację psychiki.

W zasadzie tożsamość własna przeciętnej kobiety żyjącej w kręgu współczesnych religii monoteistycznych to poddana stygmatyzacji tożsamość członka grupy mniejszościowej. Faktem jest, że panie często dyskryminują same siebie, powielają negatywne stereotypy („wolę pracować pod męskim kierownictwem, są bardziej kompetentni”, „kobiety są bardziej złośliwe”) i oczerniają inne z tych samych powodów, dla których podziwia się mężczyzn („dziwka” vs. „playboy”, „to zła matka, wiecznie siedzi w pracy, tylko pieniądze jej w głowie” vs. „to wspaniały ojciec, haruje po godzinach, żeby dzieci miały co do ust włożyć”). Jednakże jest i mnóstwo kobiet twierdzących, że nie ma fundamentalnej różnicy między płciami. Ludzie są przede wszystkim ludźmi, dopiero potem mężczyznami i kobietami. Choć akcenty bywają rozłożone różnie, obie płcie mają te same zalety i wady: zdolność do miłości i nienawiści, do łagodności i agresji, pragnienie rodziny i realizowania się poza nią (to drugie wciąż jest tłumione u pań, a nagradzane u panów), potrzebę seksu niezakończonego ojcostwem i macierzyństwem. U kobiet pojawiają się typowo męskie talenty, a u mężczyzn żeńskie. Mężczyźni bywają karani za to przez otoczenie, zaś określenia „zniewieściały” i „chłop jak baba” funkcjonują obecnie jako najbardziej upokarzające zarzuty, wyjąwszy „pedała”. W kulturze Zachodu ona czasem jest nagradzana za stereotypowo męskie cechy, pod warunkiem jednak, że jest atrakcyjna fizycznie. Dlaczego zatem nie wszystkie panie buntujące się przeciwko rzekomo fundamentalnej różnicy, o której istnieniu przekonują duchowni, odchodzą z grona wyznawców?

Kobiety tak samo jak mężczyźni potrzebują wsparcia, które oferuje religia. Poza tym mają niewielką alternatywę – wyznanie jest przekazywane z pokolenia na pokolenie i trudno szukać czegoś nowego. Potrzeba „prawdziwej wiary” czasem okazuje się bardzo silna w świecie, który napawa niepewnością. Choć może się to wydawać dziwne, wiele pań nawraca się na islam – prawdopodobnie dlatego, że ta religia jest żywa, wywiera autentyczny wpływ na życie. Ponadto pozwala na ucieczkę od popkultury lansującej nierealistyczne oczekiwania wobec wyglądu, od przekazu, że wartość kobiety zależy głównie od jej fizycznej atrakcyjności, a nie od przymiotów ducha. Feministyczne teolożki starają się na nowo interpretować święte teksty poszczególnych nurtów religijnych. Znaczna liczba kobiet znajduje się wśród członków grup neopogańskich, akcentujących moc dwóch pierwiastków – męskiego i żeńskiego (współczesny druidyzm, wicca). Grupy te powracają do źródeł: Kobieta-bóg/bogini, znów znajduje swoje miejsce w symbolice.

Kiedyś Renata Jasińska, dyrektorka Teatru Arka z Wrocławia, słynącego ze specyficznych spektakli poruszających problem płciowości, powiedziała coś bardzo ważnego: Jako kobieta chciałabym zobaczyć w Bogu kobietę. To właśnie jest potrzebne, aby stać się w pełni dowartościowaną istotą ludzką bez problemów psychologicznych związanych z religią. Nie ma takiej możliwości, kiedy ta deprecjonuje kobiety. „Czy na pewno deprecjonuje i dyskryminuje?”, oburzą się co poniektórzy. Przyjrzyjmy się obrazom niewiasty zawartym w świętych tekstach i w słowach znamienitych mężów wiodących religii świata. Popatrzmy na ogólny przekaz, a także na status kobiety w konserwatywnych i reformowanych nurtach.

Joanna Kułakowska

Korzystałam m.in. z:

Abu-Rub Haitham, Zabża Beata, Status kobiety w islamie, Muzułmańskie Stowarzyszenie Kształcenia Kulturalnego, Wrocław 2002.

Ciechomska Maria, Od matriarchatu do feminizmu, Brama, Poznań 1996.

Nicholas de Lange, Wielkie kultury świata. Żydzi, Świat Książki, Warszawa 1995.

Internet.

Be Sociable, Share!

Dodaj komentarz